Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



VII.

Była piękna, pogodna jesień.
Na polach nie falowały już zboża, natomiast rżyska sterczały jak szczotka na powierzchni poczciwej, starej żywicielki naszej. Gdzie niegdzie na zagonach chwiały się jeszcze poczerniałe łęciny kartofli, świeżo skoszona tatarka w kupkach stała, po polach woły ciągnęły pługi, odwalając świeże skiby...
Bociany zbierały się do odlotu, połysiały drzewa przydrożne, a liście, jakie się jeszcze opierały podmuchom wiatru, miały barwę starego złota...
W Kalinówce we dworze było bardzo smutno. Ciotka płakała po kątach. Julcia miała zaczerwienione oczęta... Żarski młody codziennym prawie bywał gościem.
Na jego żądanie, niby przejeżdżając, wstąpili do Kalinówki dwaj znakomici lekarze warszawscy, obejrzeli Wiktora, pocieszyli Julcię, obiecali, że zdrowie bratu powróci, ale z twarzy Żarskiego można było wyczytać, że to próżna i zwodnicza nadzieja.
Zdawało się, że do cichego dworku wstąpił anioł