Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


życie... ciche, ale pożyteczne, ręka w rękę, jak dwaj przyjaciele. Pani jedna zrozumiałaś mnie... pani wierzysz w moje zamiary, nie wyśmiewasz ich, nie szydzisz...
— Wiktorze! — zawołała ciotka — proś panów... kolacya gotowa...
Całe towarzystwo przeszło do drugiego pokoju, przy stole była ożywiona rozmowa... Wiktor mówił ciągle, z ożywieniem, z zapałem. Wanda przyjmowała również udział w rozmowie, jedna tylko Julcia wciąż była zamyślona i smutna... Co chwila zwracała spojrzenia na ciotkę, a w spojrzeniach tych było coś, jakby pytanie, albo obawa.
Późno już goście zaczęli się rozjeżdżać. Tylko geometra i urzędnik jeden na noc zostali.
We dworze światła zagasły. Ciotka, bieganiną całodzienną zmęczona, udała się na spoczynek. Julcia zamknęła się w swym pokoiku.
Jeden tylko Wiktor spać się nie kładł. Otworzył okno i patrzył na niebo, na którem rumieniły się już blaski jutrzenki... Blaski te wzmagały się powoli, a jednocześnie gwiazdy bladły i znikały z firmamentu.
Po deszczu, który obficie zrosił ziemię wieczorem, ranek nadchodził uroczy, w całem bogactwie i wspaniałości letniego wschodu. Ziemia ukąpana świeżo, żywszą jaśniała zielenią, drzewa, jakby omłodzone, wyciągały ku niebu konary obsypane liśćmi, na których wisiały duże krople przezroczystej wody. Kwiaty pachniały przedziwnie, a cichy, lekki wietrzyk roznosił ten zapach na lotnych swoich skrzydełkach.