Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie — rzekł Wiktor ze źle tajoną niechęcią... — Zawsze pan wątpisz, zawsze źle prorokujesz...
— Niech to pana nie dziwi — odpowiedział Żarski spokojnie... — ja jestem człowiek doświadczony...
— Więc cóż ztąd?
— Umowę uważam za umowę wtedy, gdy jest formalnie zawarta i podpisana — cieszę się zaś z niej wówczas dopiero, gdy wykonana zostanie...
Wiktor chciał odpowiedzieć, lecz w tej chwili rozległy się dźwięki fortepianu. Julcia grała jakiegoś starego, smętnego poloneza... W otwartych drzwiach na ogród wychodzących stała Wanda.
Wiktor do niej pospieszył...
Po ulewnym deszczu wypogodziło się zupełnie, ogród tonął w blaskach księżycowych — na liściach drzew, na kwiatkach drgały duże, ciężkie krople wody. Zapach napełniał powietrze.
— Widzi pani — rzekł Wiktor do Wandy — widzi pani, co to jest uprzedzenie, co są głęboko zakorzenione przesądy! Pan Żarski jeszcze nie wierzy... Nie wierzy w to co się stało, co jest faktem dokonanym... ale mniejsza o niego. Czy wie pani, że od czasu, gdym przybył w te strony nie miałem równie pięknego, równie szczęśliwego dnia, nie mówiąc naturalnie o tym najszczęśliwszym z szczęśliwych, najpiękniejszym z pięknych... w Białowodach, pamięta pani?
— Pamiętam — szepnęła Wanda, a na piękną jej twarz wystąpiły rumieńce.
— Panno Wando rzekł z zapałem... — jutro przyjadę do państwa... powiemy ojcu i rozpoczniemy nowe