Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ty się śmiejesz, Wandziu — rzekła zapłoniona dziewczyna.
— Nie, nie, moja śliczna, nie śmieję się, odpłaciłam ci tylko za „naszego“ Wiktora.
— A ja mam z tego powodu dużo, dużo przykrości.
— No, no — zapytała Wanda z współczuciem — cóż się stało? nie mówiłaś mi nic.
— Co miałam mówić... Nie widziałyśmy się już cały tydzień, a przez ten czas zaszły rozmaite wypadki... Jeden komiczny i zabawny, ale drugi przyczynił mi nie mało kłopotu... Miałam nawet z tego powodu dość przykre przejście z ciocią.
— Powiedz że mi, moja Julciu, co takiego?! Czem mogłabyś się twojej cioci narazić.
— Dobrze, powiem ci, lecz jedźmy już, w powozie możemy mówić swobodnie... gdyż nasz Mateusz trochę nie dosłyszy...
Wanda weszła do domu, wzięła na siebie okrycie i po chwili obiedwie przyjaciółki jechały w stronę Kalinówki...
— Przed trzema dniami — mówiła Julia — spotkała mnie prawdziwa niespodzianka. Było to po południu... Właśnie zabierałam się do roboty dużego włóczkowego dywanu, gdy w tem zajeżdża pan Kaliciński, wyelegantowany, wyświeżony, jak z pudełka, w ręku zaś trzyma bukiet tak wielki, że jak ciocia utrzymuje, można by nim napaść trzy krowy... Spojrzałyśmy tylko po sobie, a ciocia, miarkując co się święci, nie odstępuje mnie ani na krok... Pan Kaliciński jest pomię-