Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z początku myślałem, że umiesz tylko oglądać żydom języki i recepty pisać — ale dziś widzę, że, panie dobrodzieju, i ze szkłem umiesz się obchodzić i wino masz przepyszne... Zkąd u licha wyrwałeś taką przednią butelczynę?
— Z Warszawy.
— Zaraz to poznałem... Nasz Imbryk, to powiadam ci, szelma skończona: sam wino fabrykuje — a przysięga się na wszystko, na swoją żonę i bachory, że sprowadza wprost z Węgier... Jeżeli jego wino widziało kiedy Węgry, to ja jestem panną!
— Oni wszyscy tak robią po małych miasteczkach...
— Słusznie, słusznie konsyliarz robisz, że nie kupujesz tutejszej lury... jak cię poważam, masz najzupełniejszą racyę... To mi wino! to się nazywa wino! Obrączka jak z dukatowego złota, bukiet aż, panie dobrodzieju, w nos bije i czuć je grzybkiem cokolwiek... Uważasz...
— Tak, chwalono je, że niezłe.
— Co to niezłe — kapitalne wino... Nalej no doktór kieliszki.
— Oto są.
— A teraz posłuchaj co ci powiem.... Concordia to znaczy zgoda... lepsza słomiana zgoda...
— Czyż byliśmy w niezgodzie dotychczas?
— Jak to czy?
— Ja przynajmniej miałem zawsze dla pana najlepsze intencye.
— Co? co?