Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No tak, miałem dla pana najlepsze intencye, powtarzam.
— Niechże mnie wszyscy djabli wezmą, jeśli co rozumiem.
— Ja również nie rozumiem.
— I nie jesteś moim wrogiem?!
— Ani mi się śni.
— A więc... Wiesz co, doktorze... kiedy nie jesteś moim wrogiem, to „kochajmy się!“
— „Kochajmy się“ i owszem — rzekł Żarski, podnosząc w górę kieliszek — ale pozwól pan dobrodziej — jedno słowo...
— Gadaj doktorku co chcesz, dziesięć, sto, tysiąc słów nawet. Cały zamieniam się w ucho, bo czegobym ja dla tak zacnego chłopca nie zrobił?
— A zatem, szanowny panie, skoro się kochamy, jesteśmy przyjaciółmi — a skoro jesteśmy przyjaciółmi, nie powinniśmy mieć pomiędzy sobą tajemnic. Powiedzże mi pan tedy, z ręką na sercu, tak prawdziwie, szczerze, po przyjacielsku — dla czego przypuszczałeś, że jestem pańskim wrogiem.
Kaliciński, oparłszy się łokciami na stole, objął głowę dłońmi i westchnął.
— Młodzieńcze — rzekł po chwili milczenia — dotknąłeś najdrażliwszej struny mego serca... Czy ty wiesz? Czy ty wiesz, co to jest miłość? Mnie się zdaje, że nie wiesz, bo i ja sam tego dobrze nie wiem... ale powiadam ci, że to jest coś takiego... coś takiego... a wreszcie takiego, czy innego — dość, że człowieka djabli porywają! że miażdżyłby, gruchotał, rozbijał!