Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że okolica uwolniona zostanie na zawsze od tego jegomości.
— Dowód? Pan masz dowód? — szeptał Wiktor.
— Naturalnie, że mam, w przeciwnym razie nie mówiłbym o tem.
— Ostatecznie, proszę pana — spytał Żarski — co mam z nim zrobić? Puścić, czy oddać w ręce władzy? Jak pan każe?
— Puścić? Co też pan mówi! — krzyknął Kaliciński — jak można podpalacza puszczać?
— Zrób pan co uznasz sam za właściwe — rzekł Wiktor — mnie tak głowa boli, że myśli zebrać nie mogę.
— A nie mówiłem — rzekł Mirkowicz — że trzeba koniecznie po lekarza.
— Jutro mój syn tu będzie — wtrącił Żarski — jeżeli państwo pozwolą!
— Owszem, owszem — odezwała się ciotka — niech pan dobrodziej poprosi go w naszem imieniu.
Niedługo goście opuścili Kalinówkę. Wiktor położył się do łóżka, siostra usiadła przy nim na krzesełku i białą, miękką rączkę położyła mu na czole.
— To straszne, strzszne — mówił półgłosem, jakby w gorączce — ale nie! to nieprawda, to tylko sen przykry,
— Czy ty o dzisiejszym wypadku mówisz, Wiktorze?
— Ach tak, to był wyjątek, wyjątek, ale poczekajcie-no jeszcze rok, dwa lata, ja was przekonam kto