Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miał słuszność, przekonam, choćby mi przyszło życiem to przypłacić, przekonam, przekonam....
Dalej mówił już coś bez związku, w gorączkę wpadł.
Ciotka z Julcią przez całą noc nie zmrużyły oka, przerażone, ratowały chorego domowemi środkami, i nie czekając na przyjazd młodego Żarskiego, posłały po lekarzy do najbliższych miasteczek.
Już słońce weszło, gdy przyjechał pierwszy lekarz i obejrzawszy troskliwie chorego, uspokoił przerażone kobiety.
O tejże samej porze z przed kancelaryi gminnej ruszała furmanka, na której, pod strażą dwóch wartowników, siedział z rękami związanemi mocnym postronkiem, Franek Kuternoga. Dla większej pewności; aby w drodze nie uciekł, pan Żarski, posłał jeszcze na dworskiej furmance trzech fornali.
Gdy przejeżdżali koło karczmy Zagórowskiej, na progu dostrzegli propinatora Jankla, który z pozorną obojętnością, jednak bardzo bacznie, przypatrywał się jadącym.
Włęzień, ujrzawszy karczmarza, zawołał:
— Ej Janklu, Janklu! Nie ma tam u was mego brata?
— Zdaje mi się, że on leży pod ławą i śpi — odrzekł Jankiel spluwając.
— To powiedzcie mu, jak się ocknie, żeby...
Żyd ręką machnął.
— Powiedzcie jemu sami, ja nie lubię się wdawać do cudzych interesów.