Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niego całą karafkę wody i tak oblanego położył na darniowej ławeczce.
Recepta była skuteczna. Kot podniósł się, otrząsnął i, jakby z przykrego snu przebudzony, spojrzał wystraszonemi oczami i uciekł do kuchni.
— A co, panno Julio — zawołał Kaliciński z tryumfem — a co? jaki ze mnie doktór: kot ożył.
— Apropos doktora — odezwał się pan Mirkowicz, patrząc na Wiktora uważnie — czyby nie należało posłać po lekarza, mnie się zdaje, że pan Wiktor jest cierpiący.
— Nie, nie, proszę pana — zaprzeczył młody człowiek — to nic, to tylko wrażenie.
— Zapewne, ale ostrożność nie zawadzi.
— Co to za hałas na dziedzińcu? — zawołał Wiktor, zrywając się z krzesła.
— Zdaje się podpalacza złapali — odrzekł spokojnie Mirkowicz.
— Podpalacza? Więc pan jesteś zdania, że to z podpalenia ogień wybuchnął?
— Jestem tego pewny.
— O nie! to niepodobieństwo! ktoby mnie miał podpalać, za co, przez Boga żywego za co? Komu co złego zrobiłem?
— Nie wiem za co, powtarzam tylko, że stodoła była podpalona, to jest fakt.
— Ale kto? kto?
— No, mamy ptaszka — rzekł Żarski, do pokoju wchodząc — przycupnął w rowie jak zając, ale go parobcy wytropili; jest pod dobrą strażą na dziedzińcu,