Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pani dobrodziejko, rozmaicie się jeździ, jak kiedy, jak do kogo i jak po co. W razie potrzeby, mój Zefir może lokomotywę prześcignąć.
Wiktor nie odzywał się prawie; był jakby złamany, przygnębiony, dreszcz nim wstrząsał.
Siedział w fotelu z głową o poręcz opartą i spoglądał na obecnych dziwnie błyszczącemi oczami.
Ciotka oprzytomniała zupełnie i zaczęła się krzątać, aby przyjąć gości. Przypomniała sobie, że samowar schowała do kufra.
Trochę wstydząc się, a trochę śmiejąc ze swego roztargnienia, otworzyła kufer. Na samym wierzchu leżał wielki biały kocisko i nie dawał żadnych oznak życia.
— Co cioteczka zrobiła najlepszego? — zawołała Julcia — mój kochany, wypieszczny kotek, mój śliczny Maciuś zaduszony! nieżywy! Jakżeż było można kota do kufra chować?
— Zdaje ci się, Juleczko, że w takim wypadku, to jest czas na rozmyślania; ratuje się co pod rękę wpadnie.
— Panno Julio — odezwał się Kaliciński — Maciuś jeszcze jest ciepły. Zapewne zemdlał tylko, ale ja go odratuję, zaraz go odratuję. Puścić mu trochę dymu w nos, oblać wodą i wyrzucić go za okno, na świeżem powietrzu zaraz przyjdzie do siebie.
Wykonał to jeszcze prędzej niż powiedział, dmuchnął kotowi w nos dymem z cygara, otworzył okno, a wychyliwszy przez nie zemdlonego kota, wylał na