Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Istotnie, zdaje mi się żebym to jako tako potrafił.
— Za pozwoleniem, kochaneczko, trzeba ma przecież wyłożyć wszystko po kolei. Otóż trzymasz damę, oczekując chwili, w której możesz puścić się z nią wir tańca. Podczas tego oczekiwania możesz zlekka przytupywać do taktu. Wreszcie nadchodzi chwila... Wysuwasz naprzód jedną nogę, potem drugą, robisz obrót z wdziękiem, z elegancyą — ot tak: raz, dwa, raz, dwa...
— Ale, kochany wujaszku, ciocia uczyła inaczej: raz, dwa, trzy...
— W tem właśnie błąd...
— Co! błąd, więc nie tańczy się walca na trzy pas!?...
— Owszem, tańczy się, ale łatwiej nauczyć na dwa niż na trzy. Zresztą na dwa są także śliczne walczyki. Pamiętasz, jakeśmy tańczyli na weselu pani Michałowej?
— A, tej ładnej wdówki co wyszła za Sylwestra?...
— Tak, tak, tańczyłem z tobą, moja Róziu, tego ślicznego walczyka na dwa pas, a potem zrobiłaś mi scenę zazdrości z panną Eufrozyną, tak że odjechaliśmy przed kolacyą.
— Ja tobie scenę zazdrości!? miałabym też o co; chociaż dawałeś mi tysiące powodów, wolałam cierpieć i udawać że nie widzę co wyrabiasz. Zanadto byłam dumna ażeby się zniżać aż do zazdrości.