Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ ja jestem łagodny jak baranek
— Proszę pana — zawołała służąca, wbiegając do pokoju — proszę pana, ze dwadzieścioro bydła chodzi po łące...
Pan Ignacy zerwał się, jakby iskrą elektryczną poruszony, pobiegł do stajni, dosiadł konia, jaki mu się pod rękę nawinął i cwałem popędził ku łąkom. Słychać było wielki krzyk, hałas, a w pół godziny później fornale z wielkim tryumfem prowadzili zajęte w szkodzie bydło na folwark.
Pan Ignacy czerwony, zadyszany, zasapany powrócił do domu. Nie mówiąc ani słowa do żony, otworzył kredens, wyjął butelkę, nalał bernardyński kielich starki, a wychyliwszy go duszkiem, ukroił ogromny kawał chleba i zajadać zaczął.
— Mężu! — zawołała pani Petronela — Ignalku kochany, a dyeta! a warszawski doktór!
— Niech go kaczki zdepczą razem z jego lekarstwem, które wprawdzie tanie jest, ale go dostać nie sposób...
— Zawsze jednak...
— Nie, moja pani, dość mam już tej próby... Tak być nie może, przy takiej dyecie umarłbym z głodu, a przy kłopotach ze zmartwienia; kazałem zaprzęgać i wyjeżdżam.
— Dokąd?
— Do miasteczka, do gminy, do sądu. Muszę młynarza złapać, nowego karbowego poszukać, szkodników zapozwać, a przy tej sposobności wstąpię do poczciwego Frankowicza. Niech mi zapisze pigułki