Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zapewne, ale nie mówmy o tem, ja wiem, że ty nadewszystko potrzebujesz spokoju... a dlatego żebyś go miał, ja gotowa jestem obywać się bez sukni, a Zosia może chodzić w starym kapeluszu!
— Przecież przywiozłem na suknią i przywiozłem kapelusz!
— Ha! ha! — roześmiała się pani gorzko — ten materyał, coś przywiózł, dobry jest na pokrycie starej kanapy, a co się tyczy kapelusza... to sądzę, że gdyby Zosia włożyła go na głową i przejechała się przez wieś, to...
— To co?
— To by... to by wszystkie psy zawyły, zobaczywszy podobne czupiradło.
— A, Petronelciu, dość już tego! Za moje dobre serce, za to żem prawie ostatni grosz wyciągnął dla was...
— Owszem, ja ci bardzo dziękuję, ja ci serdecznie wdzięczna jestem; chociaż jak w tym razie za dobre chęci.
— Śliczne mi dobre chęci... to nie chęci, Petronelko, nie żadne chęci — ale ruble, proszę cię, ciężko zapracowane ruble!
— Tem gorzej...
— A, dość już tych wymówek, dalibóg nie wytrzymam dłużej! Jedź sobie do Warszawy i pooddawaj to wszystko, pozamieniaj, rób co chcesz, tylko niech ja mam spokój...
— Przy twoim burzliwym i prędkim charakterze...