Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Judka pogodził się z losem, obudził towarzyszów i jeszcze przez dwa dni żydzi grali, jedli, pili krupnik — i znów grali... a Brumbas prosił Boga, żeby to wesele z rok trwało.
Powrócili do domu na furze naładowanej prowiantami, zarobili kilkanaście rubli — ale na samym wjeździe do miasta spotkały ich wymówki i złorzeczenia:
— A gałgany! żeby wam febra po kościach zagrała — godzi się to?
— Zcyganiliście, paskudniki!
— Taki Boruch, taki bogacz, taka osoba, miał wesele bez muzyki!
— Tylko krawcy trochę śpiewali, jak u jakiego kapcana... pfe!
— Gdzie wasz honor? gdzie wasze słowo?... pfe! pfe!
— Umyślnie po was posyłał!
Dzięsięć rubli obiecywał... łapserdaki...
— Trefne weselniki! cygany!
— A stary Judka, taki kręciel, taki szwarzekuncenmacher... Nie spodziewaliśmy się tego!
— Grajcie sobie na chłopskich weselach. My was nie chcemy znać, my sobie sprowadzimy nową kapelę...
Judka zaledwie mógł przyjść do głosu.
— Słuchajcie no, śliczne dusze żydowskie! — zawołał — ruszcie swoje mózgi i obejrzyjcie ten interes od podszewki... W czem ja zgrzeszyłem? Że nas zabrali gwałtem — to jest przypadek; że myśmy na tem