Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już po raz dziesiąty krupnikiem do gości przepijał — mnie się zdaje, że niedługo będzie dzień...
— A będzie — odrzekł szlachcic — jak noc minie...
— Nu — toć ona zaraz minie... Niech nas pan każe odwieźć do Borucha — Co tobie w głowie, Judka! toć się opamiętaj...
— Jakto? ja pamiętam — dziś u Borucha będzie wesele od samego południa.
— Aha! szukaj że dzisiejszego południa, kiedy teraz noc, pewnie będzie ósma godzina... Boruchównie już dawno ogolili głowę.
— Aj... waj... co ja zrobię! — panie Sadłowski, co ja zrobię! Boruch bogacz jest, Boruch się pomści na mnie.
— Aha... tyle ci zrobi, co przeszłoroczny mróz. Nie brak żydów na świecie, nagrasz się jeszcze na weselach.
— Ale Boruch! Boruch... taki bogacz! — Tylko mi jego bogactwem w oczy nie ciskaj. Możebym ja pięciu takich Boruchów kupił i jeszcze dna w skrzynce nie zobaczył. Co mi tam Boruch!
— Takie wesele, takie wesele, bez muzyki... Aj jegomość, jegomość, co ja będę miał!
— Będziesz miał co ci dam... a teraz budź swoich żydów i graj, bo się gościom przykrzy... Słyszałeś jak to mówią: — „Zagraj no żydku“ — „szabas panie“ — Kija na żyda!“ — „Zaraz panie... lachcium, ciachcium bim, bam, bam! gdy pan każe, to ja gram.“ U Sadłowskiego wesele jest trzy dni i trzy noce, żebyś o tem wiedział i wnukom swoim zapowiedział.