Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wino pijasz?
— Nie.
— To także dobrze... ale czasem kieliszek nie zawadzi. Jakiś ty podobny do ojca! a wieszże kto był twój ojciec?
Czesław spojrzał zdumiony.
— Jakżeż bym mógł nie wiedzieć, naturalnie że wiem.
— Oj ty naturalisto! wy wszystko wiecie! I to pewnie wiesz, że się ojciec twój nazywał Lubicz, że radcą był...
— Tak.
— No i cóż więcej?
Czesław milczał.
— No i że był moim przyjacielem, o czem nie wiesz. Dobry człowiek, ale mnie słuchać nie chciał, źle na tem wyszedł. Mówiłem mu sto razy: wszystko rzuć, zostań obrońcą. Nie słuchał, sam sobie winien. Całe życie biedę klepał, a po śmierci nic nie zostawił, a ja widzisz oto, przez całe życie nie piłem złego wina, nie paliłem lichych cygar, no i uważasz mój kochanku, jak umrę, to dwaj moi synowie będą mieli przynajmniej przez lat pięć co tracić.
— Czemuż tracić?
— Ty, panie Czesławie, zdaje się naturalista jesteś? — spytał patrząc mu w oczy.
— Tak jest, panie mecenasie, chodzę na wydział nauk przyrodniczych.
— I uczysz się podobno dobrze?
— Staram się o to przynajmniej.