Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— W takim razie powiedz mi, czego u dyabła was tam uczą, kiedy nie znasz najnaturalniejszej rzeczy.
— Przecież nie mówiliśmy o naukach przyrodniczych.
— Ależ, mój kochany, mówiłem że synowie moi w pięć lat stracą to co ja zarobiłem, o tem wątpisz a jednak to taka naturalna historya.
Czesław uśmiechnął się.
— Może nieprawda? Jak pożyjesz tyle lat co ja, to się przekonasz, a może i nie przekonasz się — dodał po chwili namysłu.
— Dlaczego?
— Bo widzisz, mój dobrodzieju, kształcisz się na naturalistę, będziesz więc znał żaby, myszy, szczury, robaki, ale nie ludzi.
— O ludziach uczymy się także.
— Co to znaczy! co wy się tam możecie nauczyć? Ludzi to proszę cię zna prawnik. Im starszy, im doświadczeńszy, tem lepiej zna te najżarłoczniejsze stworzenia... te robaki... bo wierz mi, że to także robaki.
— Ściśle biorąc...
— A czy ich weźmiesz ściśle, czy luźno, zawsze ta sama historya. Ale pozwól, naleję ci kieliszek wina.
— Dziękuję panu mecenasowi, nie pijam.
— Tym razem pić będziesz, ja cię proszę, a dlaczego proszę, to ci powiem później.
Czesław nie oponował, bo wiedział, że stary tego nie lubi. Mecenas nalał kieliszek, podniósł go do góry