Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


den, dwa najwyżej, dłużej nie, a chciałbym żebyśmy pojechali razem.
— Dzień, dwa... no, to będzie dość czasu do pomyślenia o naszych toaletach. Musimy, Stasiu, jutro od samego rana wyjść na miasto... żeby jaknajśpieszniej pozałatwiać sprawunki, nie sposób bo trzymać tu długo Adolfa, on ma tyle zatrudnienia, tyle obowiązków na głowie!
Pani radczyni tak była zajęta projektami wyjazdu, że nie spostrzegła, iż Stasia zmieszała się bardzo i pobladła. Nie uszło to jednak uwagi pana inżyniera.
— Co tobie jest, Stasiu? — zapytał.
— To nic, odrzekła, bagatelka. Gilowa trochę boli... przepraszam mamę, pójdę położę się na chwilę.
— Może ci zanieść herbatę? spytał Czesław i nie czekając na odpowiedź, wyszedł za siostrą.
— Widzi mama, rzekł z uśmiechem pan inżynier, na jaki dobry pomysł wpadłem.
— To jest...
— Mówię, że wpadłem na dobry pomysł, zapraszając do siebie mamę i Stasię. Kwestya owych lekcyj, która tak bardzo mamę niepokoi, zostanie odrazu rozwiązana. Stasia wyjeżdża i lekcye się kończą.
— To prawda! ileż wdzięczności winna ci jestem Adolfie!
— Mnie się zdaje, że owe lekcye to tylko pozór, że po za niemi kryje się co innego.
— Ah! Adolfie, co też tobie przychodzi do głowy?! — rzekła radczyni z wyrzutem.