Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A przecież pamiętają we wsi, że opętanym na świat nie przyszedł, lecz, że był dzieckiem, wyrostkiem, potem mężczyzną, jak należy.
Miał urodę i rozum i wesołość. Do roboty był jedyny, dziewczęta szalały za nim, lubił pobawić się, pośmiać i pośpiewać.
Chałupę i gospodarstwo po rodzicach wziął, którzy odumarli go wcześnie. Nie jaka to fortuna, ale przecie... Mógł się ożenić i drugie tyle gruntu dostać.
Swatatali go z gospodarskiemi córkami, mógł mieć ziemię, parę koni, krowy i wszelki dobytek, ale nie chciał. Już on widać wtedy niezupełnie dobrze miał w głowie, skoro starszych ludzi nie słuchał i dobre rady miał za nic.
Podobała mu się dworska dziewczyna; ładna bo ładna, ale latawica i bez gruntu, bez grosza i bez niczego. Dla oczów śmiejących, dla twarzy gładkości, dla tych zębów, co je do każdego szczerzyć lubiła, wziął ją, przełożył nad gospodarskie córki, choć urodziwe i bogate.
Gadajże takiemu, jak sobie co uwidzi.
Dość stryj jego, Michał Węcior, pierwszy na całą wieś gospodarz, gęby sobie napsuł, żeby mu to głupstwo z głowy wybić, nawet parę razy przemierzył mu po ojcowsku grzbiet kijem, ale i słowa były próżne i kij połamany nadaremnie.
Wojtek się uparł, ślub wziął i zabrał żonę do domu.
Chwalił się, że mu dobrze, że szczęśliwy; było tego raju pół roku... a później...
Gdy po trzech, czy czterech latach z kryminału powrócił, to już był bez rozumu, bez mowy. Stryj mu