Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzie go się lękają, choć taki jest, że nikogo nie zaczepi i każdemu z drogi ustąpi.
Rozum ma niespełna ten człowiek, choć pracuje, jak inni.
Nieraz podczas roboty coś mu się przypomni nagle... wtedy rzuci sochę, czy sierp i szuka wody, a gdy znajdzie, to usiądzie przy rzece, rowie, czy choćby przy kałuży, byle przy wodzie i zaczyna ręce myć. I tak je będzie mył do wieczora, do nocy, będzie szorował błotem, piaskiem, żwirem aż do krwi i nie ruszy się z miejsca. Dopiero starucha, widząc, że go niema, pójdzie na wywiady, a odszukawszy, kijem go trąca... On wtedy wstaje, bierze porzuconą kosę lub sierp i idzie za babą do domu, jak dziecko.
Trudno, żeby z takim opętanym sprawiedliwi gospodarze kompanię trzymali; on stroni od ludzi i ludzie od niego, bo i wejrzenie ma dziwne, nieludzkie.
Gospodarstwo jego, całej parady trzy morgi pola i maleńki skrawek łąki nad wodą; sam sobie pan na swojej biedzie, sam sługa. Ma szkapę starą i włogawą, nią zaorze, zabronuje; sam sprzątnie, do stodoły zwiezie, sam młóci, o ile mu to nieszczęsne mycie na przeszkodzie nie stanie.
Do kościoła chodzi rzadko, a przyszedłszy, nie staje między ludźmi, ale ma swój kącik upodobany przy dzwonnicy i tam całe nabożeństwo przestoi, nie przeżegnawszy się, nie poruszywszy ustami. Tyle, że czapkę zdejmie, jeżeli nie zapomni...
Ludzie wracają do wsi po nabożeństwie; wtedy i on odchodzi, nie drogą, ale miedzami i bruzdami, na przełaj.