Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gładzał swą piękną, a mocno potarganą brodę i zaczął rozmawiać o interesach z takim spokojem, jak zawsze. Trochę go tylko bolała pokąsana ręka.
Jak po burzy nastaje zwykle piękna pogoda, tak i po wielkiej awanturze w zgromadzeniu zrobiła się łagodna cisza, przerywana tylko spokojnem szwargotaniem, niby łagodnym szmerem strumienia, toczącego się po kamykach.
Tak samo koty, zjadłszy mysz, chowają pazury i zasiadłszy w ciepłem miejscu, koło pieca, gładzą swe kosmate policzki, mruczą i oblizują się w sposób bardzo przyjemny i miły do patrzenia.
Posiedzenie stojące skończyło się, finansiści rozeszli się grupami. Pan L. B. Hapergeld poszedł z dziadkiem, napili się wody sodowej i korzystając z pogody, zajęli część ławki na skwerze przed Bankiem, obok kilku poważnych i przyzwoitych kolegów. Każdy z tych panów palił swoje „Flor de Havanna“ i puszczał kłęby wonnego dymu, w którym czuć było spaloną watę, kwas karbolowy i przeróżne inne perfumy.
Rozmowa była naturalnie o ciężkich czasach i o czarnej niewdzięczności klientów, którzy nie