Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się włościan wymaga wódki — w jesieni też wieś wypija jej najwięcej. W tej porze, oprócz zwykłych codziennych gości — pijaków — w karczmie bywa prawie cała wioska.
Ale główną sferę zysków jesiennych stanowi dla karczmy nie ten kontyngens „raczących się“ kumów i przyjaciół — lecz pijący pojedynczo — mniej lub więcej nałogowi. Przychodzą oni do arendarza pokryjomu i za wódkę płacą w naturze. Zbiory jesienne pozwalają im na to. Często bardzo z jednej chaty ojciec, syn i matka, kryjąc się wzajemnie przed sobą, uczęszczają do karczmy. Ojciec niesie kul słomy, garniec żyta, baba dziesiątek jaj, kurę, syn — co się da.
Żyd wszystko to przyjmuje, oceniając niemożliwie, często o 50%, 75%, niżej wartości. Temu, kto się nie zgadza na jego cenę, oddaje rzecz:
— No, no! Nieś nazad i nie przychodź więcej, bo jak ojciec dowie się, to będzie źle.
Babie znów przypomina w ten sposób gospodarza i syna, gospodarzowi — babę; aż wreszcie winowajca, ze strachu, żeby nie być zdradzonym przed rodziną, zgadza się