Strona:Klemens Junosza-Kłusownik.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   83   —

kich to ludzi pasy drzeć albo smołą malować, pierzami osypywać i ze wsi wypędzać, co że dziś już się nie praktykuje, więc chociaż do kryminału o wpakowanie takowego upraszam, bo inaczej cały nam las wywiezie i zwierzynę wydusi, że na lekarstwo nie zostanie choćby dziesięć rubli za zająca dawszy, sprawiedliwości słusznej prześwietnego sądu upraszam.“
„Mateusz Sikora!“ zawołał sędzia.
„Jestem tu,“ odrzekł oskarżony, spuszczając oczy.
„Czy przyznajesz się do winy?“
„Nie.“
„Nie kradłeś drzewa w lesie?“
„Nie.“
„Gdzie byłeś nocy czwartkowej?“
„W mieście.“
„Prześwietny sądzie,“ zawołał Barnaba, „on szczeka jak pies...“
„Cicho!... zawołać Kogucińskiego...“
Gajowy lasów dominialnych stawił się przed kratkami.
„Jak się nazywasz?“
„Koguciński Jan.“
„Jesteś gajowym?“
„A juści, prześwietny sądzie.“
„Żonaty?“
„Koguciński westchnął ciężko.
„A dyć...“