Strona:Klemens Junosza-Kłusownik.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   96   —

„Fe, nie trzeba mówić takie brzydkie słowo, prawda Mateuszu...“
„Pewnie.“
„Ho, ciekawym dlaczego?“ zapytał groźnie ekonom.
„Bo może się stać panu ekonomowi jaka zła przygoda.“
„Ho! ho! odgróżki. Nie boję się, nie z takimi ja już miałem do czynienia...“
„Ot, co to po próżnicy gadać. Pan ekonom się nie boi, a ja też nie straszę; ale jak pana kiedy dostanę do garści, to zrobię obrachunek sprawiedliwy...“
„Cicho, cicho,“ mitygował Abram, „na co to gadać. Wynoście się stąd, Mateuszu, zamiast czekać w sądzie, poczekajcie na dworze.“
Rzekłszy to, zaczął popychać chłopa ku drzwiom, lecz w tej chwili sędzia z ławnikami wszedł i wygłosił wyrok, uwalniający Mateusza Sikorę dla braku dowodów.
Barnaba za głowę się złapał, Koguciński uśmiechnął się pod wąsem.
Mateusz skłonił się sędziemu aż do ziemi i wyszedł wraz z Abramem. Udali się ku karczmie.
„No, widzicie Mateuszu,“ mówił Abram, „że nie było czego się bać, jesteście czysty jak szkło.“
„Ten ekonom psia wiara.“