Strona:Kazimierz Tetmajer - W czas wojny.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Coraz bliżej, coraz bliżej, powoli, podchodzi ona ku niemu — albowiem nikt jej nie stanął na drodze, nikt nie przeciął jej drogi.
Ano — takie było przeznaczenie.
I życie pana Kopciuszyńskiego poczyna mu przepływać przed oczy.
Ciągną szeregiem: osioł, bałwan, ciemięga, pijes, siwinia, aż do zagadkowej nieco kapcygi — ciągną dziesiątek lat po dziesiątku, rok po roku, dzień po dniu, godzina po godzinie, niesłychana, ogromna procesya.
Otaczają dokładnym orszakiem pana Kopciuszyńskiego.
Niewidzi on z poza nich słońca, nieba, Bożego świata — a wszystkie gaje naokoło zdają się kiwać gałęziami: niższyś był! niższyś był! od innych!...
Taka to jest moja litania śmiertelna — myśli pan Kopciuszyński. I przyznaje, że tak być powinno. Nie zasłużył na nic innego. Był tępy, głupi, niższy...
Aż śmierć naszła tuż, do samego serca.
A wtedy jakaś jasna, świetna myśl przelśniła mózg pana Kopciuszyńskiego: wszakże nie może nikt inaczej umierać, kto umiera za Ojczyznę na polu bitwy... Otrzymuje cios w Jej służbie, pada i, jeśli ma umrzeć, umiera. To więc on, pan Kopciuszyński, czyni tak, jak inni. Poszedł za Ojczyznę walczyć, teraz wie, co czuł, i w tej