Strona:Kazimierz Tetmajer - W czas wojny.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A to bałwan!!
Pan Kopciuszyński obawiał się, że niedługo zabraknie biur technicznych w Krakowie.
Nie można też powiedzieć, aby głowę zadzierał w górę. Owszem, wyglądał, pokornie i zahukanie. Ludzi mijał szybkim kroczkiem, kolegom się usuwał, wpadał czasem do kinematografu na przednie miejsca i tam tonął w ciemności i w innym świecie.
Zgoła można rzec, że pan Kopciuszyński zwątpił w fortunę.
Owszem, możnaby prawdopodobnie twierdzić, że pan Kopciuszyński stracił do szczętu wiarę, jeśli kiedykolwiek miał jaką, w swoje szczęście i w siebie samego.
I w godzinach rozmysłu w kinematografie za 40 halerzy — wiadomo, że przy muzyce najlepiej się myśli — pan Kopciuszyński tracąc pokazywane obrazy z oczu, w chwilach skruchy przyznawał racyę szefom biur technicznych, że jest bałwan, siostrze Eugenii, że jest osioł, tylko nie czuł się ani siwinią, ani pijesem.
Cóż jestem temu winien, że jestem głupi, głupszy od innych — mówił do swojej duszy — cóż jestem temu winien?... Cóż jestem winien, że nie mam zdolności, nawet miernych, nawet najmierniejszych zdolności?... Ale przecie robię, co mogę, pracuję, ile mogę, jak umiem i od-