Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Erotyki.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


same mię otoczyły mogiły i groby,
a dusza moja, nakształt oślepłego ptaka,
co bijąc skrzydłem próżno, nie śmie zfrunąć z krzaka,
błąkała mi się w piersi, smutna i samotna
i ciemna, jako noc ta w mroczych chmurach słotna.
Nagle począł dzwon dźwięczeć... W tej pustce w tym mroku,
na nieskończone lasów i tęsknot otchłanie,
smutny, w przestrzeń płynący dzwon na Zwiastowanie,
jak u nas tam daleko, u gór moich stoku...
I zdało mi się wówczas, że z chmur, jak lilia,
wykwitnie twarz anielska; że się mgła rozwija
i że z mgły, nakształt srebrnej światłości księżyca,
srebrna, cicha i jasna zjawi się Dziewica...
Jam wówczas tylko wierzył... I wówczas, w tej zmroczy,
w owej dalekiej stronie, w obczyźnie dalekiej,
w tej samotności grobu: gdym wznosił powieki
i spojrzałem ku niebu — zawilgły mi oczy...
Wezbrało mi się serce... Byłbym ziemię całą
cisnął do mego serca — ono świat kochało,
to puste, głuche serce w ową dziwną chwilę
kochało świat do łez...
Byłem podniesiony