Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zny (z parapetu za plecami inżyniera zabrała pustą szklankę po herbacie). Szafranek i wtedy nie zareagował. Fajka chyba zgasła, bo zapach nie był tak mocny, jak zawsze.
Przed trzecią pojechał do komitetu. Wysiadł z warszawy, kierowcy powiedział, żeby nie czekał na niego, tylko odstawił wóz, i pobiegł na górę.
Miał szczęście — sekretarz akurat wrócił z prezydium. Szafranek nie witając się, zdyszany (bardzo szybko wchodził po schodach), podał mu kartkę.
— Gienek! Masz, czytaj. Co to za gość ten Muszyna? Czego on chce?
Miedza włożył okulary i przeczytał list.
— Jutro może przyjść po odpowiedź. Ty, co ja mu powiem? Jeszcze o ten dyplom pyta!
Szafranek w rzeczywistości był technikiem. Tytułowano go inżynierem z racji zajmowanego stanowiska. Czasem tylko, zwykle po pijanemu, opowiadał, że skończył Wydział Architektury Politechniki Lwowskiej. Dyplom podczas wojny zaginął.
Miedza milczał.
— No, mów coś, Gienek! — denerwował się inżynier. — Co mam temu Muszynie powiedzieć?
— Nie podoba mi się redaktorek — powiedział w końcu sekretarz. I dodał: — Chyba trzeba grać na zwłokę, Władziu. Może go odwołają?
Szafranek, zdenerwowany, usiłował zapalić fajkę.
— Ty wiesz, Gienek, że jak wpadną na sprawę wytwórni, to może być źle. Opóźnień w budowie osiedla nie boję się — zawsze mogę powiedzieć, że inwestor na czas nie złożył dokumentacji. Tak? Ale te sklejki, Gienek, to gorsza sprawa. Jak Boga kocham. Coś ty wtedy o tę wytwórnię tak walczył?
— Ja? — zdenerwował się Miedza. — Ja?