Strona:Karol May - Zmierzch cesarza.djvu/74

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — W tym celu wziąłem rakietę. Skoro ją zapalę, ludzie nasi oświetlą całą linję, którą zatoczyli wojskiem dokoła lasu. Będzie to chyba wystarczającym dowodem, że mówię prawdę.
    Major nie miał wielkiej ochoty do stawiania oporu. Czy przyczyną tego była wściekłość, że go zdradzono, czy trzeźwość umysłu, czy poprostu tchórzostwo — trudno określić. Po chwili zastanowienia rzekł:
    — Dobrze, przekonam się! Sennor Gardenas, pan umie obchodzić się z rakietami?
    — Owszem.
    — Niech się panowie ustawią wzdłuż krawędzi lasu, aby uzyskać szerokie pole widzenia. Potem, gdy Gardenas zapali rakietę, wrócicie do mnie i złożycie meldunek. Naprzód!
    Nastała cisza, trwająca jakieś pięć minut, poczem major dał znak Gardenasowi. Rakieta strzeliła wysoko wgórę. W blasku jej ukazała się na horyzoncie ciemna linja.
    — Czy to wasi ludzie, sennor? — zapytał major, wskazując krawędź lasu.
    — Tak — odrzekł Kurt.
    — Bardzo niewyraźni.
    — Zaczekajcie chwilę. Słuchajcie, słuchajcie!
    W tejże chwili rozległy się na równinie głośne słowa rozkazu. W minutę później strzelać zaczęły wgórę płomienie, iskry i kule. Cały las był oświetlony al giorno.
    — Do licha! To prawda! — zawołał major.
    Zobaczył żołnierzy z wymierzonemi karabinami.

    72