Strona:Karol May - The Player.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szym dystansie, gdyż Apacza cechowała wytrwałość jaką z pewnością nie mógł się ścigany poszczycić.
Zbieg skierował się w stronę wzgórza, łysego od czasu pożaru, a leżącego poza budynkami hacjendy. Dotarł doń o całą minutę wcześniej od Winnetou i zniknął z drugiej strony. Apacz, znalazłszy się na wzgórzu, z początku chciał się również puścić dalej; przystanął jednak, zamyślił, ocenił wzrokiem odległość, dzielącą go od ściganego, i — podniósł broń do oka. Jednakże, zamiast dać ognia, opuścił strzelbę, wykonał ruch ręką, który miał oznaczać „nie, wolę tego zaniechać“, odwrócił się i zszedł z góry. Niebawem dosiadł wierzchowca i powrócił przez strumień.
— Winnetou woli go puścić — rzekł. — Tam, w drugiej kotlinie, jest znowu las, który się nie spalił; dotarłby przede mną i nie ujrzałbym go więcej.
— Pomimo to mój brat doścignąłby go na pewno — odparłem.
— Tak, schwytałbym, ale z wielką stratą czasu; być może, przeszło dzień cały musiałbym iść jego śladem, który z trudnością tylko dałoby się odcyfrować. A rzecz niewarta takiego zachodu.
— Brat mój chciał strzelać. Dlaczego tego nie uczynił?
— Chciałem go tylko zranić, ponieważ zaś odległość była zbyt duża, nie byłem pewny swego strzału. Po prawdzie trafiłbym go, być może jednak, raniąc niebezpiecznie; a zabijać nie chciałem; wiem o nim dużo złego, ale nie tyle, abym miał prawo odbierać mu życie.
— Mój brat zna tego człowieka?
— Tak. Mój przyjaciel Shatterhand, zdaje się, nie widział go, lecz słyszał o nim z pewnością. Należy do