Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/54

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Och, effendi — odrzekł, — zapewniam cię, że raczej umrą, niż pozwolą uciec jednemu z łych łotrów. Jednym zamachem zjednałeś sobie ich całkowite poświęcenie, miłość i wierność!
    — Zatem chcę sobie i ciebie zjednać. Wyraziłeś poprzednio gorącą chęć awansowania, na co odpowiedziałem, że Allah ci pomoże Otóż te słowa mają się ziścić! Allah posyła ci swą pomoc przeze mnie — oświadczam ci zatem: jeżeli z trzydziestu pięciu osób, które mamy wziąć, żaden nie ujdzie, jesteś bimbaszim, jeszcze nim wrócimy do Hilleh.
    Znieruchomiał w radosnym lęku i nie wymówił ani słowa. Potem zebrał siły i wyrzekł bełkocąc: — bim-ba-szim — je-szcze-za-nim, — i naraz wypalił szybko: — będę bimbaszim, zanim jeszcze wrócimy do miasta? Effendi, wiem, że mówisz prawdę i nie żartujesz ze mnie, dlatego chcę...
    — Cicho, Amuhd MahuIi — przerwałem — nie jesteś jeszcze bimbaszim, ale możesz nim zostać, jeżeli wypełnisz postawiony ci warunek, Nie podniecaj się więc i staraj się uczynić zadość moim oczekiwaniom.
    — Effendi, weźmiemy ich! Złowimy wszystkich, wszystkich! Jestem przekonany, że żaden nam nie ujdzie. Chodź prędzej, musimy jak najprędzej otoczyć ich kołem!
    — Najpierw musisz wyznaczyć tych dzie-

    52