Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

więciu, co zostaje przy koniach, i tego, który idzie z nami.
— W tej chwili! Już się robi!
Wyznaczył odnośnych dziesięciu ludzi, poczem pięćdziesięciu podjęło marsz. Unikaliśmy, wszelkiego hałasu i kiedy przybyliśmy do ognisk, tyraljerka, pod komendą kol agasi’ego została tak ostrożnie i sprawnie utworzona, że żaden z otoczonych nic nie zauważył; byłem pewien, że niema żadnej luki, poprzez którą mógłby się ktoś wyślizgnąć. Uspokojony tem, udałem się wraz z ochmistrzem i kawalerzystą do miejsca, które Halef śmiesznie nazwał „jarmarkiem jeżów“. Jak sobie przypominamy, był to czworobok murów, w którym ukryliśmy konie i, gdzie razem z ochmistrzem, wyzwoleni z potrzasku, ujrzeliśmy znów światło dzienne, albo ściślej, ciemność nocną.
Wiedziałem, że idę na niepewną grę, ale miałem humor i taką beztroskę, jakgdybym już miał wygraną sprawę, Gdyśmy znów wstępowali na nasyp, mnie zapytał Pers:
— Poco wracasz na to miejsce, effendi? Przecież nic tutuj nie zgubiliśmy!
— Mam tu dużo do znalezienia.
— A co?
— Sefira.
— Toć widziałem go tam, przy ludziach!
— Przedtem tak. Ale my go znajdziemy w naszej ciemnicy.

53