Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

że i ja o niej myślę. A może masz mi to za złe?
— Za złe? Nie. Masz bezwątpienia prawo przypomnieć mi moją obietnicę. Co innego, czy wierzysz w to, że będę mógł jej dotrzymać.
— Z pomocą Allaha, — zawołał z zapartym tchem.
— Hm. Nie zdajesz się być tego pewnym?
— Wybacz, effendi! Jesteś sławnym człowiekiem, jesteś pod osłoną Padyszacha, którego niechaj Allah miłuje, i pisujesz sprawozdania do seraskiera, które on naprawdę czyta i rozpatruje. Widziałem także, jak przyjaźnie mówił z tobą Pasza ze Stambułu. Jestem więc przekonany, że twe słowa i rady są na wyżynach państwa szanowane i uwzględniane, ale.. ale... ale...
— Co, ale?...
— Czy mogę powiedzieć?
— Tak.
— Czy nie będziesz mi miał za złe?
Nie
— Że tak od razu mam zostać bimbaszim, to... to... to...
— Mów dalej!
— Tego zrobić nie potrafisz!
— Czemu nie?
— Po pierwsze, jesteś chrześcijaninem,

107