Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

z tej strony? Przecież, odchodząc od nas, kierowałeś się w przeciwną stronę ruiny. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy cię zobaczyłem tam na górze!
— Czy poznałeś mnie odrazu? — zapytałem
— Tak. Obsadziliśmy tak szczelnie dostęp do tego wzniesienia, że jest wykluczone, abyś mógł przejść przez nasze szeregi!
— Może ci później opowiem, dlaczego z taką łatwością fruwam tam i zpowrotem po Birs Nimrud.
— Fruwasz? Nie, fruwać nie mogłeś. Tutaj widzę wejście, może więc z drugiej strony istnieje inne, które znałeś oddawna, wszedłeś tamtędy i poprzez wnętrza dotarłeś tutaj,
— O tem później. Teraz powiedz mi, jak ci się udało schwytać Ghasai-Beduinów?
— To było proste. Czatowaliśmy na nich aż do chwili, kiedy Pers, który jest przyjacielem namiestnika, załatwił się z nimi i oddalił. Myślałem, że zmiażdżyłeś mu ręce, ale uszkodzenie zdaje się nie być wielkie, bo chociaż ręka jest przewiązana, porusza bardzo dobrze palcami.
— Tak, o tem i ja się przekonałem.
Gdy sefir poszedł, jęli się Ghasai szykować w drogę. Konie i wielbłądy Piszkhidmet baszi przypadły im z podziału łupu. Gdybym im pozwolił dosiąść tych zwierząt, należałoby

105