Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Popatrz na mnie, popatrz na mnie! Ty musisz mnie poznać!
Nie podniosła oczu.
— Wymówcie imię najmłodszego syna! — szepnąłem do Kolmy Puszi.
— Tokbelo, słuchaj! — rzekła. — Tu jest Fred Bender!
Obłąkana spojrzała teraz na nią i przypatrywała się jej długo bez zrozumienia. Wreszcie powtórzyła słowa:
— Fred Bender... Fred Bender!
— Czy znasz Ettersa, Daniela Ettersa?
Wstrząsnęła się i odpowiedziała:
— Etters, Etters... zły człowiek... bardzo zły człowiek!
— Zamordował naszego wawę Derrika. Słyszysz? Wawę Derrika!
— Wawa Derrik! Gdzie jest mój myrtle-wreath, mój myrtle-wreath?
— Niema go, ale ja tu jestem, twoja siostra, Tehua Bender.
Na to ożywiły się trochę oczy żony guślarza.
— Tehua Bender? Tehua Bender? — zapytała. — To moja siostra.
— Tak, twoja siostra! Popatrz się na mnie! Czy mię poznajesz?
— Tehua... Tehua... Tokbela... Tokbela... to ja... to ja!
— Tak, to ty jesteś. Czy znasz moich synów, Freda i Leona Bendera?
— Fred Bender.... Leon Bender.... Fred mój, Fred mój!
— Tak, twój. Kochałaś go?
— Kochałam... bardzo kochałam! — potwierdziła, uśmiechając się życzliwie. — Fred to mój syn. Fred na mojem ramieniu... na mojem sercu!
— Śpiewałaś mu kołysankę.
— Kołysankę... tak, tak, kołysankę!
— Potem zabrał cię wawa Derrik z nim i z Leonem