Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzenia. W Thibaucie zbudziło się jakieś przeczucie, co w jego twarzy dostrzegłem. Nie powiedział jednak ani słowa.
— Może mię poznacie, gdy głos mój usłyszycie? — rzekła Kolma Puszi.
— Do kroćset dyabłów l krzyknął. — Któż to jest... kto?...
— Przypominasz sobie?
— Nie... nie... nie!
— Przypomnij sobie Devils-head! Tam rozstałeś się ze mną, morderco!
— Uff, uff! Czy umarli wstają?
— Tak, umarli wstają. Nie jestem mężczyzną, lecz kobietą.
— To być nie może!
— Może być, bo jest. Jestem Tehua Bender.
— Tehua... Tehua Bender...!
Zamknął oczy i zamilkł.
— Czy poznaliście go? — spytałem Kolmę Puszi pocichu.
— Natychmiast — potwierdziła.
— Czy chcecie z nim dalej mówić?
— Nie.
— A z siostrą?
— Tak.
Wziąwszy guślarza pod ramię, podniosłem go z ziemi i postawiłem pod najbliższem drzewem twarzą do pnia, do którego przywiązano go bez najmniejszego słowa oporu z jego strony. Widok kobiety, którą uważał za nieżywą, wstrząsnął nim aż do szpiku.
Kolma Puszi usiadła obok siostry. Ciekaw byłem, jak się obłąkana zachowa i czy pozna siostrę.
— Tokbelo, moja Tokbelo! — rzekła Kolma Puszi, chwytając siostrę za rękę. — Czy poznajesz mnie?
Obłąkana milczała.
— Tokbelo, jestem twoja siostra, twoja siostra Tehua.
— Tehua! — westchnęła lekko zapytana, lecz bez żadnego wyrazu.