Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie mam nic przeciwko temu!
— Ja sądzę właśnie, że wy mieliście coś przeciwko temu bratu.
— Sądźcie, co chcecie!
— Przeciwko niemu i rodzinie Benderów!
— A do kroćset! — krzyknął z przestrachem.
— Nie rozdrażniajcie się zbytnio! Co wiecie o tej rodzinie? Ja poszukuję niejakiego Freda Bendera.
Zląkł się tak, że nie mógł słowa z siebie wydobyć.
— Tego Freda podobno zawlekliście z sobą do Osagów, u których macie jeszcze rachunek.
— Rachunek? Nie wiem o niczem!
— Urządziliście tam z osławionym „generałem“ handel futer i skór, który możecie głową przypłacić.
— Nie znam żadnego generała!
— Zarzucają wam, że przy tej sposobności zabiliście z nim razem kilku Osagów.
— Wasze wyobrażenia bardzo bujne, mr. Shatterhand!
— O nie! Jak wiecie, jest przy mnie Szako Matto. Widział was także, lecz nie zbliżył się jeszcze do was, ażeby nam nie popsuć zabawy.
— Bawcie się zatem, tylko mnie zostawcie w spokoju!
— Na tej zabawie nie może was brakować. Wy obejmiecie rolę główną!
— Powiedzcie więc do wszystkich dyabłów, czego chcecie ode mnie!
— Nie chcę niczego od was, tylko pokażę wam kogoś.
— Kogo?
— Indyanina. Ciekaw jestem, czy go znacie. Przypatrzcie mu się!
Skinąłem na Kolmę Puszi. Przyszła i stanęła przed nim.
— Przyjrzyjcie mu się dobrze! — wezwałem Thibauta. — Znacie go przecież!
Oboje rzucili ku sobie nawzajem badawcze spoj-