Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bardzo słusznie! Czy jednak rzeczywiście nie była potrzebna?
— Czy myślicie o mej niewoli u Utajów?
— Tak.
— Byłbym sam się wyswobodził!
Teraz ja postanowiłem nie narzucać się z usługami.
— Jestem tego pewien — rzekłem. — Uważajmy zatem sprawę za skończoną! Jedźcie z Bogiem sami!
Chciałem się odwrócić, lecz on wziął mię za rękę, prosząc:
— Nie gniewajcie się na mnie! W słowach moich brzmiała niewdzięczność, ale wy wiecie, że niewdzięcznym nie jestem.
— Wiem.
— Wyjawię wam przynajmniej jedną rzecz. Milczałem tak uporczywie, ponieważ sądziłem, że porzucilibyście mnie, gdybyście wiedzieli, kto jestem.
— Zbyteczne skrupuły! Bądźcie, kim chcecie! Old Surehand to zacny człowiek!
— Ale... ale... syn aresztanta!
Pshaw!
— Wy się nie przerażacie?
— Ani mi się śni!
— Zważcie, sir! Aresztanta!
— W więzieniach bywali już zacni ludzie.
— Ale mój ojciec nawet tam umarł.
— To smutne, ale nie może zmienić mojego stosunku do was.
— Naprawdę?
— Rzeczywiście!
— Matka moja była też aresztantką!
— To okropne!
— Wuj również.
— Biedaku!
— Oboje uciekli.
— To dobrze!
— Ależ, sir, nie pytacie wcale, za co ich ukarano!
— Jaką korzyść będę miał z tego, że się o tem dowiem?