Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więziono ich za fałszowanie pieniędzy!
— To źle. To przestępstwo karze się bardzo ciężko.
— Mówicie jeszcze ze mną?
— Czemu się dziwicie?
— Z synem i siostrzeńcem fałszerzy pieniędzy i więźniów?
— Posłuchajcie, Old Surehand! Co mnie obchodzą pieniądze i więzienia Stanów Zjednoczonych? Przypuśćmy nawet, że wasi krewni popełnili tę zbrodnię i zasłużyli na karę, czyż wy za to możecie odpowiadać?
— Nie odwracacie się więc odemnie?
— Nie obrażajcie mnie, sir. Jestem człowiek, chrześcijanin, a nie barbarzyńca! Kto na karę zasłuży, niech ją poniesie. Skoro ją odbędzie, jest tem samem, czem był przedtem, dla mnie przynajmniej. Jestem zresztą zdania, że przynajmniej połowa karanych nie była zbrodniarzami, lecz albo ludźmi chorymi, albo ofiarami nieszczęśliwych warunków.
— Wy wszystko osądzacie ze stanowiska humanitarności. Ku swej radości mogę was zapewnić, że mój ojciec i wuj byli niewinni. Nie popełnili nic złego!
— Tem większe nieszczęście przez to ich dotknęło. Jak mogliście pomyśleć, żebym ja, nawet gdyby byli winni, chciał was za to ganić. Tego nie pojmuję. Czy dalej będziecie tacy zamknięci?
— Muszę!
Well! To powiedzcie przynajmniej, kiedy się znów spotkamy?
— Od dzisiaj za cztery dni.
— Gdzie?
— W Pui-bakej[1], leżącym prawie w środku parku St. Louis. Winnetou go niewątpliwie zna. Las ten ma kształt serca i stąd jego nazwa. Będę tam napewno.

— Jeśli wam nic w drodze nie stanie!

  1. Las serca.