Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go byli piersiami włożyli do szczeliny, byłby wskutek zgniecenia klatki piersiowej umarł, ale tu wsunięto mu w dyabelski sposób tylko brzuch. Żył jeszcze, poruszając zdrową ręką i nogami, lecz mimo niewysłowionych cierpień nie mógł krzyczeć, gdyż usta miał zakneblowane i przewiązane w dodatku. Oczy trzymał zamknięte, z nosa spływała mu krew w dużych czarnych kroplach, a oddech wylatywał mu z piersi z ostrym sykiem. Nie było tu czasu na słowa oburzenia, czy też litości. Tu należało czemprędzej pomóc.
— Wbić większe kliny! — rozkazałem. — Prędzej, prędzej! Potrzeba więcej klinów! Dalej z nożami i tomahawkami!
Wołając tak, wbiłem sam pierwszy klin, okutą kolbą niedźwiedziówki. Tomahawki mieli tylko Winnetou i Szako Matto, ale te wystarczyły. Drzazgi poleciały z kilku stojących w pobliżu drzew i w mgnieniu oka było kilka nowych grubych klinów. Zamiast młotów posłużyły moja niedźwiedziówka i stara strzelba Hammerdulla, owinięta grubo żelaznym drutem. Już po dwu minutach rozszerzyliśmy szczelinę na tyle, że mogliśmy wyciągnąć Old Wabble’a. Położywszy go na ziemi, wyjęliśmy mu z ust knebel; powinniśmy byli właściwie wcześniej to uczynić, lecz zapomnieliśmy o tem w rozdrażnieniu.
Starzec leżał z początku bez ruchu, wyrzucił z ust kawał zakrzepłej krwi, poczem wypłynęła struga jasnej. Pierś rozszerzyła mu się i wydała głębokie westchnienie. Następnie otworzył oczy, zabarwione ciemno-czerwono. W tej samej chwili rozległ się krzyk, którego nie zapomnę przez całe życie. Słyszałem ryki lwów i tygrysów, słoni, okropny, nieopisany okrzyk śmiertelny koni, ale żaden nie da się porównać z tym strasznym, przeciągłym, nieskończonym wrzaskiem, który wydobył się z ust Old Wabble’a. Był to ryk boleści całego świata, który odbił się bezlitośnem echem w lesie po drugiej stronie jeziora. Drżeliśmy wszyscy.
Potem znowu ucichło na chwilę. Z najsprzeczniej-