Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tylko blask ognia mógł się wczoraj do nas przedostać. Winnetou wracał do nas kilkakrotnie, ażeby nas uspokoić. Nie mógł nam donieść nic ponadto, że Indyanie jeszcze nie odeszli. Potem zawiadomił nas, że słyszał odgłos toporów. Utajowie ścinali widocznie drzewo tomahawkami, lecz na co, tego nie mogliśmy odgadnąć. Nareszcie, kiedy już zbliżało się południe, doniósł nam, że z odległości może stu kroków widział, jak Indyanie odjechali.
— W takim razie sprowadzono zapewne ich konie stamtąd, gdzie płonęło drugie ognisko? — zauważyłem.
— Tak jest — potwierdził. — Widziałem, że je sprowadzono.
— Czy widziałeś wszystkich odjeżdżających?
— Nie, gdyż między mną a nimi było za wiele drzew.
— Jeńcy byli oczywiście z nimi?
— Z tej odległości trudno mi było odróżnić czerwonych ludzi od białych, a dalej ku półwyspowi nie mogłem się zbliżyć.
— W którym kierunku odjechali?
— Na północny zachód. Nasza droga także tam prowadzi.
— Hm! Musimy oczywiście dostać się na półwysep. Czy pojedziemy zaraz, czy też musimy najpierw zbadać, czy będziemy tam bezpieczni?
— Nic nam tam nie grozi. Winnetou był tam oczywiście, żeby się przekonać, czy Utajowie rzeczywiście się oddalili.
Polegając na tem zapewnieniu, wsiedliśmy na konie, żeby się udać na półwysep. Znalazłszy się już tam blizko, odszukaliśmy najpierw ślady Utajów. Pokazało się, że istotnie odjechali. Wobec tego podążyliśmy spokojnie na miejsce, gdzie obozowali najpierw trampi z Old Wabblem, a potem Utajowie i pozsiadaliśmy z koni.
Trawa i mech były w tem miejscu podeptane, jak