Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Masz niestety słuszność pod tym względem. Albo musimy zaczekać, dopóki nie rozpalą nowego, albo aż do świtu. Nic innego nam nie pozostaje. A może masz jaką lepszą myśl?
— Myśli Old Shatterhanda są zawsze dobre.
— Pójdziemy więc spać, lecz przedtem wylosujemy podwójne straże!
— Winnetou się zgadza. Znajdujemy się w miejscu niebezpiecznem, gdzie nie zawadzi zbytnia ostrożność. Nie będziemy też spali tutaj, lecz nieco głębiej w lesie, dokąd ostatnia straż zaprowadzi konie, nim dzień nastanie, ażeby Utajowie nie zauważyli ich zbyt wcześnie.
Odsunęliśmy się zatem z nad wody w las, a koniom pozwoliliśmy narazie paść się dalej. Z dwu dozorców jeden musiał być przy nich, a drugi przy nas. Na mnie przypadła straż pierwsza i trwała półtorej godziny. Odbyłem ją bez przeszkody, a potem, zbudziwszy następców, położyłem się spać.
Nazajutrz wstałem trochę późno. Już miałem towarzyszom wytknąć to, że mi pozwolili tak długo spać, lecz Winnetou uspokoił mnie zapewnieniem:
— Mój brat nic przez to nie stracił. Ja miałem ostatnią straż i skoro tylko rozwidniło się trochę, poszedłem na zwiady. Przekonałem się, że niepodobna nam napaść na Utajów na półwyspie i odebrać im jeńców. Musimy się dowiedzieć, dokąd pojadą i wyprzedzić ich potem, ażeby wyszukać miejsce odpowiednie do napadu. Mój brat wie, że ten odnosi prawie połowę zwycięstwa, kto z góry zdoła oznaczyć miejsce walki.
Rada jego była zupełnie słuszna, dlatego zostaliśmy tam, gdzieśmy spali. Winnetou poszedł znowu śledzić Indyan, co w biały dzień było rzeczą równie trudną, jak niebezpieczną. Konie nasze były już przy nas w lesie.
Czekaliśmy z godziny na godzinę. Półwysep był zbyt daleko, ażebyśmy mogli widzieć, co się tam działo.