Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Idzie za nami, skrada się i jeszcze w dodatku konno. Tego nie można nazwać inaczej, tylko waryactwem. Czy nie tak sądzicie, sir?
— Tak, ale jak w każdem nieszczęściu, zwykle bywa i szczęście. Tak było i tu. Dobrze bowiem, że że miał konia ze sobą.
— Czemu?
— Bo Komancze szukaliby go pewnie i nie spoczęliby, dopóki nie wiedzieliby, jak rzeczy stoją.
— Aha! I byliby nas znaleźli.
— Na pewno. O ile trudno mi pojąć, żeby ktoś wpadł na waryacką myśl skradania się na koniu, o tyle cieszę się, że tak się stało. Wódz jest uspokojony i nie każe szukać dalej.
— Hm! Miejmy nadzieję.
— Jestem tego pewien. Żeby nawet jego podejrzenia wróciły, nie będzie miał czasu na długie poszukiwania. Słyszeliśmy przecież, że konnica nadejdzie wcześnie, a on tu już być nie może.
— To prawda. Na szczęście możemy sobie powiedzieć, że przynajmniej my dwaj osiągnęliśmy nasz cel. Z początku zdawało się, że nic nie usłyszymy i dopiero ukazanie się Wabble’a otworzyło usta wodzowi. A więc Cutterowi zawdzięczamy, że zdołaliśmy się czegoś dowiedzieć. Moglibyśmy uważać to za okoliczność łagodzącą, gdybyśmy mieli zamiar mu przebaczyć.
— Dziękuję! Przebaczyłem mu już nie raz, a teraz koniec. Tu niema okoliczności łagodzących. Tam, gdzie idzie o życie i wolność, byłoby prostem samobójstwem nie unikać takich niebezpieczeństw. Jedyną zaś ochroną w tym wypadku jest zapobieżenie powtarzania się takich sprawek.
— Ale w jaki sposób?
— W ten, że rozstaniemy się ze starym Wabblem. Wyrzekam się jego towarzystwa. Skoro odzyska wolność, niechaj sobie jedzie, gdzie mu się podoba. Cieszyłem się wprawdzie z początku jego znajomością,