Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o kilka godzin jazdy konnej za nami i zjawią się tu wkrótce po świcie. Nas już nie będzie, więc pójdą dalej za nami. Za nimi idzie Nale Masiuw ze stu pięćdziesięciu wojownikami. W ten sposób dostaną się pomiędzy nas, między głód, pragnienie i nasze strzelby, tak, że nędznie wyginą.
— Thunder-storm! — zawołał Old Wabble takim głosem, jak gdyby się przestraszył.
— A widzisz, teraz cię strach oblatuje! — śmiał się wódz z zajadłością. — Musisz przyznać, że jesteście zgubieni. Ale ja mam jeszcze o czemś innem z tobą pomówić. Gdzie są blade twarze, które znajdowały się z tobą nad Błękitną Wodą?
— Blade twarze? Kogo masz na myśli?
— Old Shatterhanda.
— Aha, jego!
— Tak — jego i Old Surehanda, któregoście nam wydarli, i tamtych resztę.
— Nie wiem tego, gdzie oni.
— Nie kłam!
— Nie kłamię. Skąd ja mam wiedzieć, gdzie oni?
— Przecież byli przy tobie!
— Tak, przez ten jeden dzień; potem rozdzieliliśmy się.
— W to nie uwierzę. Chcesz przede mną zataić, że znajdują się przy żołnierzach.
— Przy żołnierzach? Ani im się śni. Old Shatterhand nie stowarzyszałby się z takimi ludźmi, i nie pozbawiałby się samoistności. A może sądzisz, że zniżyłby się do tego, by grać rolę ich szpiega?
— Old Shatterhand jest dumny — przyznał Wupa Umugi.
— Nietylko to. On jest przyjacielem zarówno białych, jak i czerwonych. Czy mieszałby się do sporu wybuchłego między nimi?
— Uff! To brzmi prawdziwie.
— A czy nie zawarł z wami pokoju nad Błękitną Wodą?