Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Psie! Nie bądź taki zuchwały! — huknął nań wódz. — Czy sądzisz rzeczywiście, że mówisz nam coś nowego? Wiemy o tem już dawno, że biali żołnierze walczyli z Nale Masiuwem. Zwyciężyli, lecz tylko na krótki czas, gdyż wódz posłał do domu po stu nowych wojowników.
— Ach — zawołał Old Wabble, udając rozczarowanie.
— Tak — mówił wódz dalej, tryumfując z kolei. — Tak samo dobrze wiemy też, że te białe psy dążą za nami. My sami chcieliśmy tego, gdyż wywabiliśmy ich za sobą, żeby ich zgubić.
— Otwierasz szeroko gębę i mówisz tak tylko, ażeby mnie przestraszyć, ale ci się to nie uda.
— Milcz! To wszystko prawda, co mówię. Chcecie nas zniszczyć — ale sami wyginiecie do ostatniego!
— Pshaw!
— Milcz! Powiadam ci, że zastawiliśmy na was pułapkę, z której niema ucieczki.
— Tak, może, gdybyśmy byli tacy głupi i wleźli w nią.
— Ty już wlazłeś i już w niej siedzisz.
— Tem ostrożniejsi i uważniejsi będą żołnierze.
— Oni też wpadną, bo nie mogą inaczej.
— Oho!
Ten lekceważący okrzyk rozgniewał wodza jeszcze bardziej. Huknął też na starego:
— Jeśli powiesz jeszcze jedno takie słowo, każę ci gębę zatkać. Przybyliśmy z nad Błękitnej Wody tutaj tylko na to, ażeby żołnierze jechali za nami. Ten obóz opuścimy także i zaprowadzimy ich na pustynię, gdzie będą musieli nędznie wyginąć.
— Wyginą? Oni będą walczyli i zwyciężą was.
— Do żadnej walki nie dojdzie. Zwabimy ich daleko na piaski, gdzie niema wody. Tam wyginą z pragnienia i broń na nic im się nie przyda.
— Nie dadzą się wam wywieść w pole.
— Uczynią to, wiem na pewno. Czy ci się zdaje, że nie mamy uszu ani oczu? Obozują tej nocy tylko