Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czerwona zwierzyna.
— Uff!
— Tak, czerwona zwierzyna, Indyanie. Przybyłem tutaj, żeby na was polować.
To było śmiałe. Prawdopodobnie zdawał się na nas. Był, jak się zdaje, pewien, że siedzimy gdzieś blizko i słyszymy jego słowa. Przypuszczał też najprawdopodobniej, że nie zostawimy go w obecnem nieszczęśliwem położeniu. Łatwo jednak było przewidzieć, że mylił się pod tym względem. Skoro tak — mówiąc dosłownie — „wjechał“, musiał się teraz sam troszczyć o to, co się z nim stanie. My mieliśmy przedewszystkiem troskę o siebie i staranie się o to, żeby nas także nie pochwycono. Nie wolno nam było narażać życia dla jego uwolnienia i wystawiać na szwank całego pięknego planu tak lekkomyślnie, jak on to właśnie uczynił.
Śmiała odpowiedź starca wprawiła wodza w zdumienie. Ściągnął ponuro brwi i rzekł głosem groźnym:
— Niechaj Old Wabble unika wzbudzenia mojego gniewu.
— Naco ta groźba? Wszak powiedziałeś, że mam mówić prawdę!
— Tak, ale ty jej nie mówisz!
— Udowodnij to!
— Psie, jak możesz, jako nasz jeniec, żądać ode mnie dowodów? Twoja własna mowa jest przeciwko tobie. Powiadasz, że przybyłeś, ażeby na nas polować. Czy jeden człowiek może polować na stu pięćdziesięciu wojowników?
— Nie.
— A jednak twierdzisz, że sam tu jesteś.
— Tak jest naprawdę. Jestem tutaj tylko na zwiadach; reszta potem nadciągnie. Przestrzegam was! Jeśli mi cokolwiek złego zrobicie, pomszczą mnie krwawo.
— Pshaw! Cóż to za ludzie, którymi ośmielasz się nam grozić?
— Nie powinienbym właściwie mówić o tem, bo