Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ze śmiertelnikiem, jadącym obok was? — zapytałem wreszcie, ponieważ nie odpowiadał.
— Nie, gdyż wiem, jak to pojmujecie. A zatem Bóg?
— Tak. On przemawia w słowach i dziełach. Kto na jedne i drugie ma dobrowolnie otwarte oczy i uszy, ten musi przyjść do poznania, które teraz wypowiedziałem.
— A wy?
— To głos mojego serca.
— Mówicie to tak spokojnie i poprostu, a jednak ten głos to taka wielka rzecz! Gdybyż Bóg kazał i memu sercu przemówić!
— Proście Boga o to, a on mu każe.
— On żył dawniej, lecz potem zamarł.
Brzmiało to tęsknie i smutno.
— Wierzyliście niegdyś także, mr. Surehandzie?
— Tak.
— I utraciliście wiarę?
— Zupełnie. Kto mi ją wróci!
— Ten, kto kieruje uczuciami serca, jak strumieniami wody, ten, który mówi: „Jam jest drogą, prawdą i życiem!“ Wy zmagacie się o tę prawdę i dążycie do niej. Nie dadzą jej wam żadne myślenie, ani żadne studya. Lecz miejcie odwagę, sir! wzejdzie ona wam całkiem niespodzianie, jak ongiś mędrcom owa gwiazda, która zawiodła ich do Betlejem. Wasze Betlejem leży niedaleko stąd. Ja to przeczuwam.
Podał mi powtórnie rękę i poprosił:
— Dopomóżcie mi do tego, mr. Shatterhandzie!
— Jestem na to za słaby; prawdziwa pomoc u Boga.
— Musiały to być złe moce, które porwały wam to, co dla każdego człowieka ma być rzeczą najwyższą i najświętszą.
— Tak, to były zdarzenia, które zabrały mi wszystko, nawet wiarę. Bóg, będący miłością, dobrocią, i sprawiedliwością, nie mógłby tego dopuścić — a skoro to się jednak stało, to Boga niema.