Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oszczędzam je nadzwyczajnie, nie biorąc ich wcale do ręki. Moja wiara dziecięca przeszła zatem przez liczne próby, okazała w nich dość mocy i dlatego tkwi teraz w sercu w dwójnasób niewzruszenie.
— Czy sądzicie, że i nadal pozostaniecie jej wierny?
— Aż do śmierci — a nawet poza nią!
W sposobie jego pytania leżała głęboka powaga. Zacząłem przeczuwać, że ten potężny myśliwiec poluje także w swojem wnętrzu na prawdę, której może jeszcze nie poznał, albo którą mu już wydarto. Wtem podał mi rękę i poprosił:
— Dajcie mi dłoń, sir, przyrzeczcie mi na własne zbawienie, i na pamięć owej starej, dziś jeszcze drogiej wam babki, że odpowiecie mi tylko tak, jak rzeczywiście myślicie.
— Oto dłoń moja; przyrzekam! Nie potrzeba było wzmianki o mojem zbawieniu i pamięci owej starej, ukochanej kobiety, z którą zobaczę się kiedyś.
— Czy — jest — Bóg?
Wypowiedział te słowa w wielkich od siebie odstępach i każde z nich z osobnym naciskiem. Brał to na seryo, rzeczywiście na seryo. Zmagał się i walczył z żarliwym wysiłkiem, ale do zwycięstwa nie doszedł.
— Tak — odpowiedziałem z tym samym akcentem.
— Sądzicie, że zobaczycie się z waszą babką; a zatem jest życie po śmierci.
— Tak.
— A dowody?
— Udowodnię wam zapomocą dwu koryfeuszy, których kompetencya wznosi się ponad wszelkie wątpliwości.
— Kto oni?
— Jeden z nich to osoba, stojąca bardzo wysoko, a drugi — całkiem zwykła.
— No, więc kto?
— Bóg i ja.
Pochylił głowę i milczał przez długą chwilę.
— Czy razi was to zestawienie istoty najwyższej