Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy pojmujecie teraz, co mam na myśli?
— Well, to prawda! — zawołał Old Surehand. — To błąd w naszym planie, błąd tak wielki, że nie mogę pojąć, jak mogliśmy go popełnić.
— Musielibyśmy białych zamknąć razem z czerwonymi.
— I przez to przegralibyśmy sprawę!
— Jeśli nie to, mr. Surehandzie, to przyszłoby nam o wiele trudniej ją wygrać. Komancze zabraliby konnicę i zyskaliby tem atut, którego przewyższyćby nie łatwo. Dlatego nie pojedziemy samotrzeć, lecz zabierzemy ze sobą oddział Apaczów. Czy domyślacie się celu?
— Bardzo łatwo. Odnosi się do Nale Masiuwa?
— Tak. Nie wpuścimy go wcale w pułapkę, lecz weźmiemy go do niewoli już pod Stu Drzewami.
— To myśl znakomita, sir!
— Znakomita, zaiste, znakomita, jeśli nie zbyt zuchwała — zauważył Bloody Fox.
— Zuchwała? Jakto? — spytałem.
— Czyż nie powiedzieliście, że weźmiecie z sobą tylko pięćdziesięciu do sześćdziesięciu Apaczów?
— Tak.
— Czy ta liczba wystarczy?
— Przypuszczam.
— A ja wątpię. Wybaczcie, że jestem taki śmiały i to wypowiadam!
— Pshaw! Potrzeba tego właśnie, żeby każdy wypowiedział swoje zdanie.
— W takim razie pozwalam sobie powiedzieć, że Nale Massiuw będzie miał ze sobą prawdopodobnie przeszło stu pięćdziesięciu wojowników.
— Tylu trzeba przypuścić.
— A wy chcecie ich pochwycić z pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu Apaczami?
— Nie. To byłoby więcej niż zuchwałe, to byłoby śmieszne, i w najwyższym stopniu lekkomyślne przedsięwzięcie. Będę miał więcej, o wiele więcej ludzi ze sobą.