Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A skąd oni mają się wziąć?
— Ależ Foxie, Foxie! Czy to tak trudno pojąć?
— Hm! Dopomóżcież mi, sir! Nie wiem istotnie, skąd się mają wziąć wasze siły?
— A konnica?
Spojrzał mi w twarz z zadziwieniem, uderzył ręką w czoło i zawołał:
— A to osioł ze mnie. Byłem poprostu rażony ślepotą! Oczywiście, że wam dopomogą biali jeźdźcy, oczywiście. Nie byłem jeszcze nigdy taki głupi, jak w tej chwili!
— Pocieszcie się tem, że ja także wpadłem na tę myśl dopiero przed kilku minutami. A przecież była ona taka blizka, że każde dziecko mogło ją uchwycić. Powiem Enczarowi Ko, że... Ach, otóż nadchodzi!
Poddowódca Apaczów wrócił z Old Wabblem; wysłałem go, żeby wybrał wojowników, którzy mieli nam towarzyszyć. Dawny „król cowboyów“ stał przed nami w takiej osobliwej pozycyi, że zapytałem go mimowoli:
— Co wam, sir? Czy wam niedobrze?
— Yes, bardzo, nadzwyczaj niedobrze! — potwierdził.
— Gdzie siedzi to cierpienie?
— Nizko, bardzo nizko.
Wskazał przy tem palcem w dół.
— Aha! W nogach?
— Yes.
— Mokasyny...?
— Niech dyabeł porwie! — wybuchnął.
— Czy znaleźliście jakie?
— Jeszcze jakie!
— Dość wielkie?
— Jeszcze jak wielkie! Takie, że trzeba się wstydzić, wdziewać je na nogi! Ten czerwony, któremuśmy je odebrali, ma nie ludzkie nogi, lecz niedźwiedzie łapy.
— No i cóż dalej?
— Co dalej? I wy jeszcze pytacie?